23.04.2018

pozwoliłam ostatnio zaistnieć wielu pustym dniom. takim, które są, a trochę jakby ich nie było.
dni pod tytułem oczu wpatrzonych w przed-siebie, oczu konsekwentnie pilnujących jednego tylko fragmentu świata, próbujących dostrzec w pyle unoszącym się w powietrzu cząstki czasu.
dni pod tytułem uszu wsłuchanych w przestrzeń, które starają się by nie umknął im żaden dźwięk, uszu wszystkiego spragnionych, zachłannych, a przy tym bardziej czułych, tak jakby pełne wzruszenia dopiero uczyły się słuchać.
dni pod tytułem skóry wyczulonej na najnieśmielszy ruch powietrza, skóry, którą łaskoczą promienie słońca, padające na nią cienie i spojrzenia rzucane przez przechodniów.

siedziałam na dworcu, do pociągu miałam prawie godzinę. to był jeden z tych pierwszych dni wiosennych, które cieszą tym, że są i nie potrzeba wiele więcej. znalazłam pustą ławkę na peronie, w ręce miałam otwartą książkę, ale w takich miejscach nigdy tak naprawdę nie umiałam skupić się na czytaniu. myślałam sobie, że w życiu nie ma reguł. że na próżno latami głowiłam się nad sensem życia, nie ma czegoś takiego. i nie musi być. i to dobrze. myślałam sobie, że życie po prostu jest. a skoro jest, to niech już sobie będzie. i niech choć czasem będzie dobre.

 

– o czym jest Twoje życie?
– myślałem, że nie wypada zdradzać zakończenia.
– niech będzie o wszystkim dobrym. a trochę niech będzie o mnie, czy można komuś tak życzyć?..

Reklamy

11.03.2018

kolejna osoba nazywa mnie duchem.

idę zasłuchana w dźwięki pianina; gdzieś między jednym krokiem a drugim, zastanawiam się, czy kiedykolwiek zdarzyło mi się istnieć.

27.01.2018

tak cicho jak dziś jeszcze we mnie nie było.

łaskocząca ulotność, pióra żurawi, skrzydła motyli, ja. już nie szukam sensu.

 

całe życie było wiarą, że każdy człowiek jest dobry. każdy. że nie ma wyjątków, że są tylko pogubienia. to naiwność wielka, dziecięca, ale nie chciałam z niej wyrastać. i już chyba nie wyrosnę, chyba nie chcę takiego świata, w którym ludzie potrafią być dla siebie bezinteresownie okrutni, chyba nie chcę tu być.

nie jest łatwo uciec, gdy myśli łapczywie chwytają się najmniejszych fragmentów dnia, które mogą przypomnieć o Tobie. a Ty jesteś zwątpieniem, choć długo próbowałam nazywać Cię ładniej.

trudno jest być nikim dla kogoś ważnego.

 

siedzę w parku. nie pamiętam, czy usiadłam tu przed chwilą czy kilka lat temu.

tak cicho jak dziś jeszcze we mnie nie było.

12.01.2018

nierówny chodnik. omijam popękane płyty, nie staję na łączeniach, głowę mam wciąż pełną dziecka. patrzę pod nogi i liczę kroki, zastanawiam się, ile ich jeszcze przede mną zanim dojdę do szczęścia. ile uśmiechów, łez, ile butelek wina, kubków gorącej czekolady, ile papierosów, zdjęć, uścisków dłoni. ile filmów obejrzę, książek przeczytam, ile kwiatów dostanę, ile listów. czy zdążę nauczyć się grać na ukulele, czy będę wtedy mieszkać w kamienicy przy ulicy M., czy zacznę dobierać skarpetki w pary. przecież ta droga musi mieć cel, nie może być tak, że jestem tu tylko, żeby umrzeć.
mówi się, że sami jesteśmy sprawcami swojego szczęścia, wiem jednak dobrze, że wcale tak nie jest. potrafię się dzięki sobie uśmiechnąć, cieszyć z drobnych przyjemności, czuć satysfakcję po ciężkiej pracy – gdyby to zależało od nas, wszyscy bylibyśmy szczęśliwi. tak naprawdę szczęście jest tylko w drugim człowieku. tylko. nigdzie indziej. siostra. przyjaciel. ukochana. tylko tam. i długo wydawało mi się to niesprawiedliwe, czasem wciąż mnie boli, że nie każdy doświadczył takiego szczęścia, że nie było równych przydziałów. taki jest wielki sekret życia, że drugiego człowieka można poznać każdym zmysłem, a wciąż nie znać ani trochę. więc łatwo się pomylić.

nierówny chodnik. gdy idę w tłumie, trudno nie nadepnąć na pęknięcia, na łączenia płyt. myślę sobie, że może skoro niektórzy nie mogą szczęścia dotknąć, to znaczy, że są jego źródłem.

3.01.2018

ile świata we mnie wsiąkło dzisiejszym deszczem?


wędrowanie kropel. ile mają już lat? czy w każdej chmurze rodzą się na nowo? czy nudzą się w lodowcach i czy źle im w moim brzuchu (zbyt często odchodzą płaczem)? 

12.12.2017

często sobie myślę, że świat to za dużo dla człowieka. że ten świat coraz większy, że człowiek coraz bardziej przytłoczony, że źle mu – mu światu i mu człowieku.
ja bym tylko kawałek mały najmniejszy, tylko ‚ś’ z tego świata, choć pewnie i tego by mi za dużo. niech się zmieści tych kilku ludzi dobrych, których znam, to drzewo, które cześć i dzień dobry, tych kilka dźwięków, które roztapiają duszę i te ramiona, które chciałabym móc nazywać domem.
ale to przecież nie tak, przecież zupełnie nie tak. nie tak, że świat trzeba poprawiać, że coś w nim zmieniać, że okrutnie zamykać. że powinnam człowieka, tego swojego, utkniętego, tego, który nie umie świata wokół, poplątanego, zwiniętego w kłębek, w kokon, w lepkie warstwy strachu i smutku, że czas go obudzić. chociaż – czy świat się pogniewa, gdy w swoich oczach trochę mniejszym będę go widzieć? jeszcze pięć minut drzemki, jeszcze w niedopasowaniu.

– ile zna pani języków obcych?
– biegle władam ciszą.